Honda testuje abonament na motocykl zamiast zakupu. 1050 zł na miesiąc

Honda uruchomiła w Australii abonament na elektryczny model WN7. Zamiast kupować motocykl, płaci się 400 dolarów australijskich miesięcznie, czyli mniej więcej 1050 złotych, i w tej kwocie siedzi też rejestracja oraz ubezpieczenie. Bez umowy na czas określony, z wypowiedzeniem na dwa tygodnie.
Co dokładnie kupujesz, nie kupując
Konstrukcja oferty jest prosta i to jej największa zaleta. Płacisz miesięcznie, jeździsz, a kiedy przestaje ci się to podobać, oddajesz motocykl z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Nie ma wpłaty własnej, nie ma wykupu, nie ma trzyletniego zobowiązania.
W abonamencie zawarte są rejestracja i ubezpieczenie, więc porównywanie tej kwoty z samą ratą kredytu byłoby nieuczciwe.
Dla porównania Honda sprzedaje WN7 w Wielkiej Brytanii także w klasycznym finansowaniu, od 199 funtów miesięcznie, ale przy wpłacie własnej 1876,56 funta i opłacie końcowej 5427,05 funta. Tam po trzech latach albo dopłacasz i motocykl jest twój, albo oddajesz i zostajesz z niczym. W abonamencie ten wybór po prostu nie występuje.

Czym jest WN7
To pierwszy pełnowymiarowy seryjny motocykl elektryczny Hondy. Silnik chłodzony cieczą oddaje 50 kW, czyli około 68 KM, i 100 Nm momentu. Akumulator ma pojemność 9,3 kWh, a zasięg w cyklu WMTC producent podaje na 140 kilometrów.
Ładowanie odbywa się w zwykłej infrastrukturze samochodowej. Z 20 do 80 procent w pół godziny, co przekłada się na jakieś 89 kilometrów zasięgu w sprzyjających warunkach.
Do tego są wersje na prawo jazdy kategorii A1 i A2, co w polskich realiach ma znaczenie większe, niż się wydaje, bo otwiera motocykl na młodszych kierowców.
Policzmy to na polskich cenach
I tu robi się ciekawie, bo WN7 jest u nas w cenniku. Kosztuje 59 700 złotych.
Przy abonamencie na poziomie 1050 złotych miesięcznie suma wpłat zrównałaby się z ceną zakupu po jakichś pięćdziesięciu siedmiu miesiącach, czyli niespełna pięciu latach. Tylko że w tym czasie płaciłbyś też osobno za ubezpieczenie, gdybyś motocykl kupił, więc realna granica opłacalności przesuwa się dalej.
Ciekawiej wygląda inne zestawienie. Za te 59 700 złotych w polskim cenniku Hondy stoi CB1000F za 54 900 złotych, a nieco wyżej CB1000GT za 62 900. Zwykła CB1000 Hornet zaczyna się od 42 500 złotych. Każda z nich pojedzie dalej, szybciej i zatankujesz ją w cztery minuty.
To nie jest argument przeciwko elektrykowi. To argument za tym, żeby zrozumieć, czemu Honda w ogóle kombinuje z abonamentem.
Prawdziwy powód nazywa się utrata wartości
Przy motocyklu spalinowym mniej więcej wiadomo, ile będzie wart za trzy lata. Przy elektrycznym nie wie tego nikt, łącznie z producentem.
Technologia akumulatorów idzie do przodu szybciej niż cokolwiek innego w tej branży. Jeśli za trzy lata Honda pokaże WN8 z dwukrotnie większym zasięgiem, dzisiejszy WN7 nie straci na wartości trochę, tylko dużo. Kupujący bierze to ryzyko na siebie w całości.
W abonamencie ryzyko zostaje po stronie producenta. Oddajesz motocykl i tyle. Za tę wygodę płacisz z góry, w miesięcznej stawce, i to jest uczciwa wymiana, o ile ktoś ją sobie policzy.

Zza lady, czyli czego w tej ofercie nie widać
Patrzę na to z perspektywy kogoś, kto sprzedaje części, i widzę drugą stronę medalu.
Abonent nie kupi klocków, nie wymieni płynów, nie założy gmoli, bo nie wolno mu ruszać cudzej własności poza zakresem przewidzianym w umowie. Motocykl w abonamencie żyje w zamkniętym obiegu producenta, od salonu przez serwis po zwrot. Cały rynek części i akcesoriów, na którym stoi połowa tej branży, po prostu go nie dotyczy.
Dla kogoś, kto lubi grzebać, to jest wada, a nie zaleta. Dla kogoś, kto chce po prostu jeździć i nie myśleć, to może być dokładnie to, czego szuka.
Nie mam z tym problemu, ale warto nazwać rzecz po imieniu. Abonament nie jest tańszą formą posiadania motocykla. To rezygnacja z posiadania w zamian za spokój.
Czy to przyszłość całej branży
W samochodach ten etap mamy już za sobą. Leasing, wynajem długoterminowy i finansowanie z opcją wykupu są tak powszechne, że mało kto pyta, czy auto jest jego. W motocyklach ten model dopiero raczkuje.
Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zadziałał także przy spalinowych. Ducati na jeden sezon, GS na rok przed decyzją o zakupie, zmiana motocykla co dwanaście miesięcy bez szukania kupca na stary. Brzmi to sensownie i podejrzewam, że któryś producent spróbuje w Europie w ciągu dwóch, trzech lat.
Elektryki mają jednak mocniejszy powód, żeby zacząć od nich. Przy nich nikt nie potrafi wycenić przyszłości, a abonament to jedyny sposób, żeby przestać się tym przejmować.
Czego nie wiadomo
Oferta działa na razie wyłącznie w Australii i Honda nie zapowiedziała jej wprowadzenia w Europie ani tym bardziej w Polsce.
Nie podano też limitów przebiegu, a przy tego typu umowach zwykle występują. Nie wiadomo, jak rozliczane są uszkodzenia i zwykłe zużycie przy zwrocie, ani czy w cenie mieści się serwis. Nie ma informacji o wymaganiach wobec abonenta, choćby minimalnym stażu za kierownicą, które przy wliczonym ubezpieczeniu byłyby czymś naturalnym.
Pytania, które padają najczęściej
Ile kosztuje Honda WN7 w Polsce?
59 700 złotych. To cena zakupu, bo abonament dostępny jest na razie tylko w Australii.
Czy abonament wychodzi taniej niż kupno?
Nie w dłuższej perspektywie. Przy 1050 złotych miesięcznie suma wpłat dogania cenę zakupu po niespełna pięciu latach, choć zawiera ubezpieczenie i rejestrację. Abonament opłaca się wtedy, gdy nie chcesz przejmować się utratą wartości albo planujesz jeździć krótko.
Jaki zasięg ma WN7?
140 kilometrów w cyklu WMTC. Ładowanie z 20 do 80 procent trwa pół godziny i daje około 89 kilometrów zasięgu.
