12 lat alemotocykl.pl — wszystko zaczęło się od jednej szyby
Opublikowano:
Trudno uwierzyć, ale stuknęło nam już 12 lat. Dwanaście sezonów, setki tysięcy paczek, niezliczone rozmowy telefoniczne i mnóstwo dobranych części. Z tej okazji chcieliśmy na chwilę zdjąć trochę z gazu, zatrzymać się na poboczu i opowiedzieć Wam, jak to wszystko się zaczęło — bo początki były skromniejsze, niż mogłoby się dziś wydawać.
aleMotocykl w liczbach
Trochę konkretów zamiast okrągłych słów. Działamy nieprzerwanie od 2014 roku — to już 12 lat. Przez ten czas wysłaliśmy ponad 800 000 paczek, a na niezależnej platformie TrustMate zebraliśmy ponad 3 000 zweryfikowanych opinii ze średnią 4,9/5. I robimy to wszystko w niewielkim, rodzinnym zespole — bez wielkiego korpo za plecami, ale zacznijmy od początku...
Od kursu CNC do pierwszego deflektora
Cała historia ruszyła nie w garażu pełnym motocykli, ale na kursie obsługi i programowania obrabiarek numerycznych CNC. W ramach projektu zaprojektowałem swój pierwszy produkt — deflektor motocyklowy, czyli przedłużkę na szybę.
Zależało mi, żeby był lekki, wytrzymały i żeby ładnie się komponował. Po wielu eksperymentach postawiłem na poliwęglan: 10 mm bezbarwny na samo mocowanie, a szyby wycinane z 2-milimetrowej płyty.
Jarał mnie ten kurs i to, że robię coś praktycznego — coś, co sam wykorzystam.

Suzuki GS500 i testy „na koledze"
Miałem wtedy swój pierwszy motocykl — Suzuki GS500. Kupiłem go, kompletnie się nie znając, i okazało się, że ma dziurawy zbiornik paliwa. Ale się nie poddałem: odrestaurowałem go i pomalowałem na zielony kolor z bazy Kawasaki.

Był tylko jeden problem — mój GS nie miał ani szyby, ani owiewki, więc własnego deflektora nie mogłem przetestować. Z pomocą przyszedł kolega Lucek (pozdrawiamy!), który montował je na swoim Dominatorze, jeździł i podrzucał uwagi oraz pomysły.
Największym wyzwaniem okazało się gwintowanie poliwęglanu — materiał jest miękki, więc gwinty szybko by się zużywały. Rozwiązanie przyszło z nieoczekiwanej strony:
Wpadłem na pomysł z nitonakrętkami. To nie jest ich normalne przeznaczenie — ale właśnie tak zaczęliśmy je wykorzystywać.
Od spawalni do handlu
Po kursie poszedłem pracować na spawalnię, gdzie spawaliśmy pociągi. Potem trafiłem do sklepu spawalniczego — i tam, jako młody i głodny sukcesu chłopak, poczułem żyłkę handlowca. Zacząłem kombinować, żeby sprowadzać towary, coś z handlem ruszyć.
W końcu kupiłem frezarkę (na kredyt, z pomocą rodziców) i zacząłem wycinać deflektory na poważnie. To one były trzonem sprzedaży. Pierwotnie nazywaliśmy się Moto ADV — od moto i Adventure, czyli „moto przygoda".
Produkcja szła w pomieszczeniu biurowym, od rana do wieczora. Cała rodzina pomagała — tata skręcał, mama czyściła, każdy robił, co mógł.

Pierwszy większy zakup hurtowy — towar za jakieś 1000–3000 zł — był wtedy dla mnie ogromny.
Bałem się, że tego nie sprzedam. Wszystkie pieniądze poszły na wynajem i frezarkę. A okazało się, że przesiedziałem przy towarze, zrobiłem swoje zdjęcia, swoje opisy — i poszło błyskawicznie.
Potem było już tylko więcej: większe zakupy, szersza oferta, kolejne kategorie. W pewnym momencie produkcja deflektorów zaczęła pochłaniać zbyt dużo czasu — a inne firmy zaczęły je kopiować jeden do jednego. Postawiliśmy więc na handel, najpierw głównie na Allegro, a później we własnych sklepach.

Pierwsza siedziba sklepu
Jak „Ale Motocykl" stał się… „ale motocykle"
Sklep początkowo nazywał się Moto Oxford — nazwa wzięła się od oferty marki Oxford z Wielkiej Brytanii. Z czasem narodziło się aleMotocykl, czyli po prostu: ale fajny motocykl!
I tu zaczęła się zabawa, bo klienci po swojemu przerabiali nazwę — raz „ala motocykl", raz „ale motocykle".
Tak wiele osób mówi „ale motocykle", że z perspektywy czasu chyba sam bym tak nazwał sklep. Dlatego tę domenę też mamy zarezerwowaną na siebie.
Z czasem zastrzegliśmy też nasz znak towarowy — bo staliśmy się coraz bardziej rozpoznawalni i zaczęliśmy sprzedawać nie tylko w Polsce.

Ja i motocykle
Skoro to bądź co bądź sklep motocyklowy — należy się słowo o tym, skąd u mnie ta pasja.
A ta pasja nie wzięła się znikąd — u nas w rodzinie motocykle to tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie. W czasach PRL-u jednoślad był po prostu bardziej dostępny i przystępny niż samochód, więc jeździli właściwie wszyscy: mój pradziadek, dziadek, tata, wujek. Można powiedzieć, że benzyna w żyłach to u mnie sprawa rodzinna — to oni zaszczepili we mnie miłość do dwóch kółek.

Na zdjęciu mój pradziadek wraz z dziadkiem
Wszystko zaczęło się od WSK 125 kuzyna, który zostawił ją u wujka. Wujek pokazał mi, jak ją odpalić i jak jeździć. Pierwsza przejażdżka mnie zafascynowała — choć było, delikatnie mówiąc, emocjonująco. Jechałem na wpół wciśniętym sprzęgle (inne były czasy, jeszcze bez kasku), a przy bramie z całych emocji puściłem sprzęgło, trzymając gaz…
Jak mnie wyrwało na jedno koło, omal się nie wywaliłem! Ale jakoś opanowałem maszynę. I wtedy poczułem, że z motocyklami trzeba uważać.
Później była cała galeria jednośladów:
- Suzuki GS500 — moja zielona „padlina", którą doinwestowałem i postawiłem na nogi
- Honda Africa Twin 750 — chyba mój ulubieniec, najlepiej go wspominam
- Triumph Tiger — spoko maszyna
- Malaguti Spidermax 500
- Honda Transalp — bardzo fajny motocykl
- Zontes 300 — przygoda z chińską motoryzacją, niestety nie najlepsza (serwis, awaryjność); przyjemny do jazdy koło komina, ale nie do końca moja bajka
- Suzuki DL650 (V-Strom) — mamy go do dziś i nadal nim jeździmy
A w planach? Pewnie BMW R1200GS — bo jak to mówią, wszyscy skończymy na GS-ie. Choppery nigdy nie były moją bajką — kojarzą mi się z bezkresnymi autostradami w Stanach, a ja autostrad akurat unikam. Wolę drogi krajowe, a najbardziej lekkie szutry.

Uśmiechnięta żona Kasia na naszym trampku.

Nasz ochroniarz Mailo i przymiarki do wspólnej jazdy.
Jak to wszystko urosło
Przełom poczułem, gdy deflektory zaczęły się świetnie sprzedawać, a handel ruszył na dobre. Od towaru za 3000 zł doszliśmy do zakupów rzędu 100 000 zł miesięcznie — i wtedy dotarło do mnie, jak bardzo to urosło.
Dziś robimy zakupy za 300–400 tysięcy miesięcznie, a w szczycie sezonu nawet 700–800 tysięcy.

Czym się wyróżniamy
Sekret? Jesteśmy małą, zżytą, rodzinną ekipą. Pracuję z żoną, z kolegą, ze szwagrem — a nawet z psem. A mimo to obsługujemy naprawdę duże ilości zamówień, z bardzo małą liczbą pomyłek. Mamy dopiętą logistykę i dobrze żyjemy z kurierami.
Kluczem nie jest tylko to, że my jesteśmy dobrzy — ale że otaczamy się dobrymi, przewidywalnymi partnerami. Dostawcami, kurierami, ludźmi od reklamacji. To im w dużej mierze zawdzięczamy naszą siłę i bardzo im dziękuję.
Jestem dumny z ogromnej oferty i szybkiej wysyłki. Mamy ponad 75 000 skatalogowanych części do pojadów.

Z czego jeszcze jestem dumny? Gdy asortyment urósł tak bardzo, że szukanie części stało się męczarnią, sam napisałem wyszukiwarkę z doborem części.
Próbowałem to zlecić, ale nikt nie chciał się podjąć — nawet za duże pieniądze. A jak się czegoś nie da, to znaczy, że trzeba zrobić to samemu. Więc zrobiłem.
Wciąż ją dopracowuję, ale już dziś realnie ułatwia dobór części — i Wam, i nam.
Dwie historie z przymrużeniem oka
Po 12 latach uzbierało się sytuacji bez liku. Dwie chcielibyśmy Wam opowiedzieć.
Pierwsza — tajemnicza zawartość paczki. Klient nie odebrał pobrania, paczka wróciła. Otwieramy, a w środku… tabletki na menopauzę. Pracownik rzuca do mojej żony: „O, Kasia, to chyba dla ciebie!". Kasia odpowiedziała tylko: „Ja ci dam menopauzę!". 😄 Zagadka wyjaśniła się szybko — w drodze powrotnej odkleiła się etykieta i przewoźnik nakleił nie tę, co trzeba. Nasz towar w końcu wrócił do nas cały i zdrowy.
Druga — niedoszły adorator. Gdy nie zdążymy odebrać telefonu, wysyłamy automatycznego SMS-a: „Zanotowaliśmy połączenie, oddzwonimy". Pewien klient dzwonił wiele razy, za każdym razem dostawał tego SMS-a i się wściekał — w wiadomościach pisał, że nie jest gówniarzem i nie będzie się z nami umawiał na randki! 😅 Myślał, że celowo go zbywamy. Oddzwoniłem, dobrałem mu pompę, której nikt wcześniej nie potrafił mu znaleźć — i klient z wściekłego zrobił się przeszczęśliwy, jeszcze przepraszał. Doszło po prostu do nieporozumienia.
Co dalej?
Chcemy jeszcze mocniej rozwijać technikę motocyklową — bo widzimy, że im bardziej kompletna oferta, tym wygodniej dla Was. Żebyście w jednym miejscu kupili wszystko: od śrubki, przez filtr, po tłoki i cylindry. Stawiamy przede wszystkim na rozwój sklepu internetowego i wygodny dobór części.
Mamy też do Was kilka próśb prosto z serca:
- Dajcie nam trochę oddechu. Czasem ten sam temat wraca jednocześnie mailem, SMS-em i telefonem. Naprawdę nikogo nie zostawiamy bez pomocy — po prostu dajcie nam chwilę, żebyśmy wszystko ogarnęli. (Dlatego testujemy też zamawianie rozmów i oddzwanianie — przy 70–80 telefonach dziennie na jedną osobę trudno inaczej.)
- Pobranie zobowiązuje. Jeśli zamawiacie za pobraniem, a zmieniliście zdanie — dajcie proszę znać, żeby zwrócić przesyłkę. Inaczej płacimy za wysyłkę do Was i z powrotem.

Dziękujemy
Dwanaście lat temu siedziałem nad frezarką i bałem się, że nie sprzedam towaru za 3000 zł. Dziś, dzięki Wam, jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Dziękujemy każdemu, kto u nas zamówił, zadzwonił, zostawił opinię — a nawet każdemu, kto się na nas kiedyś zdenerwował (z dystansem patrzymy na to dziś z uśmiechem).

Do zobaczenia na drodze — i do następnych 12 lat! 🏍️
Bądźmy w kontakcie
Jeśli spodobała Ci się ta historia, zostań z nami na dłużej. Więcej znajdziesz na naszym blogu:
Zapraszamy też do śledzenia naszych social mediów — tam najwięcej się dzieje:
Zespół alemotocykl.pl
